<?xml version="1.0" encoding="ISO-8859-2"?>
<rss version="2.0" xmlns:content="http://purl.org/rss/1.0/modules/content/">
<channel>
<title>Forum Tezeusza [archiwum]</title>
<link>http://www.tezeusz.pl/forum/</link>
<description>Forum Tezeusza [archiwum]</description>
<language>pl</language>
<item>
<title>Ruch &amp;quot;Wolność i Pokój&amp;quot; - historia, zdjęcia, dokumenty</title>
<content:encoded><![CDATA[<i>Odpowiedź od Andrzej, 17.01.2006, 07:38</i><br /><br /><a href="http://www.tezeusz.pl/cms/tz/index.php?id=1843">Ruch &amp;quot;Wolność i Pokój&amp;quot; - ludzie, historia, zdjęcia, dokumenty </a>]]></content:encoded>
<link>http://www.tezeusz.pl/forum/forum_entry.php?id=5198</link>
<pubDate>Tue, 17 Jan 2006 07:38:55 GMT</pubDate>
</item>
<item>
<title>Ruch &amp;quot;Wolność i Pokój&amp;quot; - historia, zdjęcia, dokumenty</title>
<content:encoded><![CDATA[<i>Odpowiedź od Andrzej, 17.01.2006, 07:34</i><br /><br /><a href="http://www.tezeusz.pl/cms/tz/index.php?id=1843">Ruch &amp;quot;Wolność i Pokój&amp;quot; - ludzie, historia, zdjęcia, dokumenty </a>]]></content:encoded>
<link>http://www.tezeusz.pl/forum/forum_entry.php?id=5197</link>
<pubDate>Tue, 17 Jan 2006 07:34:24 GMT</pubDate>
</item>
<item>
<title>Szansa przeszła koło nosa. Herbata też.</title>
<content:encoded><![CDATA[<i>Odpowiedź od Wanda, 14.12.2005, 15:37</i><br /><br />&amp;gt; Coraz łatwiej jednak uczę się podzielności uwagi, zwłaszcza na wykładach. Nigdy wcześniej nie potrafiłem słuchać jakby &amp;quot;na dwa fronty&amp;quot;...<br />
<br />
nie jest to wyjątkowo pozytywna 'zdobycz'; cierpią na nią wszyscy ci, którym liczba zobowiązań  zaczyna przekrać normy rozsądku, kiedy ograniczas chwile refleksji . Nawet istnieje pewna zasada benedyktyńska aby czas przeznaczony na jakąś czynność wypełniać wyłącznie tą czynnością. Pomyśl co będzie jeśli podzielność uwagi zacznie wkraczać w Twój czas modlitwy... jakie będziesz miał wóczas rozwiązanie? Bardzo jestem ciekawa tych rad; może któraś  i u mnie okaże się skuteczna...]]></content:encoded>
<link>http://www.tezeusz.pl/forum/forum_entry.php?id=5196</link>
<pubDate>Wed, 14 Dec 2005 15:37:23 GMT</pubDate>
</item>
<item>
<title>Co porusza mnie w tym Adwencie?</title>
<content:encoded><![CDATA[<i>Odpowiedź od Darek, 14.12.2005, 03:03</i><br /><br />W tym roku mój Adwent jest jakoś szczególny. Nie przez jakieś nadzwyczajności i nie wiem jakie wydarzenia. Może szczególny właśnie przez swoją prostotę. Dzięki Rekolekcjom Adwentowym na Tezeuszu mogę się jeszcze lepiej wsłuchać w Słowo, które Bóg codziennie kieruje do nas.<br />
<br />
I uderza mnie właściwie ciągle to samo: żywotność i adekwatność słowa. Rozważam coś po raz kolejny, a jednak doświadczam zupełnie nowego światła, zrozumienia. Pamiętam, że jednego roku wszystko w Adwencie układało się pod kątem nadziei. To był mój motyw przewodni. Nie oznacza to, że samo sobie go wybrałem. Po prostu, Bóg dostosował się do mojej aktualnej sytuacji, etapu życia, na którym byłem. <br />
<br />
W tym roku dotyka mnie szczególnie zmaganie Boga o to, żeby człowiek Go w końcu rozpoznał, i to nie w jakiś abstrakcyjny sposób, ale w konkretnej rzeczywistości. Sam pytam się, dlaczego te drogi ludzkie tak często się rozmijają? Dlaczego nawet jeśli człowiek wierzy, kreuje sobie jakieś fałszywe czy wykoślawione obrazy Boga? Dlaczego projektuje na Niego swoje własne wizje? Dlaczego próbuje Bogu dyktować, jak On powinien być obecny w świecie, życiu, wydarzeniach? Dlaczego Bóg pokorny nie jest przez człowieka rozpoznawany i uznawany?<br />
<br />
Kiedy popatrzę na swoje życie, to te pytanie wcale nie są dla mnie czymś odległym. Może dlatego tak bardzo nurtują i trafiają w tym Adwencie? Jakże trudno mi wciąż przyjąć Boga pełnego pokory, pełnego paradoksów, Boga, którego chciałoby się jakoś objąć, wyjaśnić, wytłumaczyć, zawrzeć w pojęciu, a jednak to tylko marny trud i płonne próby. Chciałoby się mieć kontrolę także nad sposobami objawiania się Boga, tyle że wtedy to nie byłby już żaden Bóg. A Bóg ciągle zaskakuje, nawet więcej, wierność Bogu okazuje się częściej zakwestionowaniem własnych wizji, oczekiwań, życzeń. Bóg, którego odkrywam, częściej kwestionuje niż &amp;quot;przyklepuje&amp;quot;. I chyba dobrze, bo jeśli mi sie wydaje, że już coś o Nim wiem, to pewnie oznacza, że próbuję stanąć w miejscu, rozsiąść się na dobre, poczuć zadowolenie. Bóg Jezusa Chrystusa dlatego uwalnia i wyprowadza na głębsze wody, bo nie &amp;quot;przyklepuje&amp;quot;, nie &amp;quot;przytakuje&amp;quot;<br />
<br />
Odkąd rozpoczął się Adwent zacząłem też pisanie pracy magisterskiej. Idzie różnie, ale zasadniczo to pasjonująca praca. Człowiek wprowadzany jest w swoisty proces myślowy, ciągle coś się kojarzy, pogłębia, wyjaśnia, przypomina. Rzadko zdarzają się jakieś eureki, ale co rusz pojawiają się nowe światła. Wiele w tej pracy zależy także od dyscypliny, zmęczenia, wypoczynku. Ale też uruchamia się nagle wszystko to, co się dotąd przeczytało, doświadczyło. To gdzieś ciągle pracuje na głębiach. Pisać muszę pośrodku różnych innych obowiązków, wykładów. I to też jest ciekawe. Nie mam komfortowych warunków, uwaga rozprasza się na różne sprawy, ale chyba dzisiaj trudno, żeby było inaczej. Coraz łatwiej jednak uczę się podzielności uwagi, zwłaszcza na wykładach. Nigdy wcześniej nie potrafiłem słuchać jakby &amp;quot;na dwa fronty&amp;quot;.<br />
<br />
I jeszcze jedno. Przygotowuję się wciąż do święceń kapłańskich. Na razie duchowo i intelektualnie. I ostatnio coraz częściej rodzi się we mnie prawdziwie duchowa radość z tego, że mogę przepowiadać i głosić Boże Słowo, radość z tego, że mogę być taką tubą, piórem, głosem dla Boga. Mniejsza o to, czy to słowo przynosi jakiś owoc, oddźwięk. Po prostu sam ten akt jest źródłem radości. Trzeba je wciąż nasłuchiwać, rozważać. To prawda. Ale oprócz tego Duch Boży daje jakieś szczególne światło. To Słowo wciąż coś znaczy, chociaż trudno do nas dociera. Ostatnio, będąc w kinie, dowiedziałem się, np. że to już nie człowiek potrzebuje miłości, lecz jego skóra. Miłość może tak wiele znaczyć. I chodzi tu tylko o jedno słowo. A ileż takich słów jest? Jak człowiek nafaszeruje się takimi reklamami, to rzeczywiście Słowo Boga wpada w jedno ucho, a drugim wypada. W każdym bądź razie, to wielka łaska i dar móc głosić Słowo Boga. Może to naturalny etap, przygotowujący głębiej do święceń?]]></content:encoded>
<link>http://www.tezeusz.pl/forum/forum_entry.php?id=5195</link>
<pubDate>Wed, 14 Dec 2005 03:03:19 GMT</pubDate>
</item>
<item>
<title>POczucie wartości i Mikołaj w nowym &amp;quot;opakowaniu&amp;quot;</title>
<content:encoded><![CDATA[<i>Odpowiedź od Darek, 07.12.2005, 01:53</i><br /><br />Niezwykle frapujący jest w człowieku ów mechanizm, który każe mu najpierw widzieć i piętnować zaniedbania i braki innych, nieustannie je wypominać, oburzać się na to, że czegoś nie wykonali, przy równoczesnym zaniedbywaniu tego, co do niego należy, zwłaszcza jeśli dotyczy to dosłownie tych samych spraw. Krowa, która wiele ryczy, mało mleka daje. <br />
<br />
Jest to rzeczywiście jakaś forma zaślepienia. Bez wątpienia. Co rusz spada to na każdego człowieka, chociaż u jednych bardziej i innych mniej. Ten mechanizm nasila się jednak zwłaszcza u tych, którzy mają niezwykle wysokie mniemanie o sobie, chociaż w rzeczywistości zupełnie inaczej &amp;quot;wypadają&amp;quot;. To mniemanie nie pozwala im, jak sądzą, tykać się niektórych zajęć czy &amp;quot;podrzędnych&amp;quot; posług, bo strąciłyby ich z tego piedastału, na którym czują się tak bardzo usprawiedliwieni. To w ogóle jest problem, jak znaleźć w sobie równowagę pomiędzy pragnieniem dokonywania wielkich rzeczy, a wiernością rzeczom małym, który nie dają satysfakcji. Tę równowagę nabywa się za cenę pokory. A pokora bierze się z właściwej oceny samego siebie albo, ujmując to jeszcze bardziej psychologicznie, ze zdrowego poczucia własnej wartości. Bo jeśli człowiek zna swoją wartość i jest o niej przekonany, to tak naprawdę nic nie jest w stanie nią zachwiać. Czy wykonywanie wielkich dzieł, czy małych. A co to znaczy znać swoją wartość? Ostatecznie jest ona wypadkową miłości ludzkiej, której doświadczyliśmy w takim lub innym stopniu i miłości Boga, która wyraża się już przez to, że w ogóle istniejemy. Gdybyśmy tak odkryli do głębi, co to znaczy istnieć i co to znaczy, że człowiek żyje, pozbylibyśmy się wielu kompleksów.<br />
<br />
Ale jest jeszcze coś innego, co bardzo utrudnia nam zdobycie właściwej oceny siebie. Chodzi o to, że nie wszyscy są tak samo obdarowani. Jesteśmy równi pod względem istnienia, powołania, ale nie pod względem wyposażenia i różnych darów, których jedni mają więcej, a inni mniej. I to bardzo boli. Tu jest korzeń wszelkiej zazdrości. Miłość miałaby być obdarzaniem wszystkich po równo. Ale gdyby tak było, to życie na ziemi w ogóle nie byłoby możliwe. Nie tylko że zatraciłoby się różnorodność, która przynależy do bogactwa życia, ale niemożliwe byłoby tworzenie czegoś nowego, rządzenie, innowacje itd. Gdyby wszyscy byli tacy sami, ludzka twórczość byłaby bardzo nudna. <br />
<br />
<br />
Dzisiaj św. Mikołaja. Właśnie, świętego. Tymczasem wokoło pełno krasnali z Laponii. Ciekawe jest to, jak kultura podporządkowana konsumpcjonizmowi i komercji łatwo przyswaja sobie te elementy chrześcijaństwa, które doskonale nadają się do zarobienia większej kasy:-) Tyle że akurat Mikołaj został przebrany w inne, mniej &amp;quot;rażące&amp;quot; opakowanie. Gdzieś głęboko w głowach pozostały dobre uczucia, które wywołuje ów symbol dobrotliwego,jowialnego staruszka. Ale dzisiaj to raczej postać z bajki, niż biskup, który autentycznie żył. Biskup może się źle kojarzyć. Lepiej więc sobie go jakoś oswoić. <br />
<br />
Kiedyś chrześcijaństwo przejmowało wiele symboli pogańskich jak np. święto słońca, choinka, kadzidła i starało się je &amp;quot;chrystianizować&amp;quot;. Dzisiaj kultura laicka przejmuje wiele symboli wywodzących się już z samego chrześcijaństwo, aby je zlaicyzować. Tylko że w pierwszym przypadku chodziło o Boga i Ewangelię. A w drugim często są to reguły rynku, zysk, zwrócenie uwagi na to, co tak naprawdę jest wypaczonym symbolem.]]></content:encoded>
<link>http://www.tezeusz.pl/forum/forum_entry.php?id=5194</link>
<pubDate>Wed, 07 Dec 2005 01:53:51 GMT</pubDate>
</item>
<item>
<title>Rekolekcje Adwentowe Tezeusza 2005</title>
<content:encoded><![CDATA[<i>Odpowiedź od admin, 04.12.2005, 19:07</i><br /><br /><a href="http://www.tezeusz.pl/cms/tz/index.php?id=1764">Rekolekcje Adwentowe Tezeusza 2005</a>]]></content:encoded>
<link>http://www.tezeusz.pl/forum/forum_entry.php?id=5193</link>
<pubDate>Sun, 04 Dec 2005 19:07:19 GMT</pubDate>
</item>
<item>
<title>Czy robota na próżno ma sens?</title>
<content:encoded><![CDATA[<i>Odpowiedź od Wanda, 01.12.2005, 05:44</i><br /><br />Uwagi o trudzie pracy naukowej są kapitalne. Wykorzystam w kontaktach z moimi podopiecznymi.<br />
A może przydatne będą wskazania/podpowiedzi  mobilizujące ich do usystematyzowania wysiłku?]]></content:encoded>
<link>http://www.tezeusz.pl/forum/forum_entry.php?id=5192</link>
<pubDate>Thu, 01 Dec 2005 05:44:06 GMT</pubDate>
</item>
<item>
<title>Czy robota na próżno ma sens?</title>
<content:encoded><![CDATA[<i>Odpowiedź od Darek, 01.12.2005, 00:57</i><br /><br />Dzisiaj ciąg dalszy moich zmagań o kształt pracy magisterskiej. Zaczynam od planu, co jest zwykle niezmiernie mozolne i żmudne. Trzeba jakoś objąć całość problemu, tego co chce się przekazać. I wcale nie jest to takie łatwe. Siedzi się i siedzi i nic do głowy nie przychodzi. Okazuje się, że w pisaniu prac naukowych talent pisarski nie jest wcale rozstrzygający. W zwykłym pisaniu liczy się natchnienie, wena, spontaniczność. A praca naukowa to już pewna metoda, systematyzacja, reguły, do których jakoś trzeba się dostosować. A wydaje mi się, że paradoksalnie dobre pióro wcale nie sprzyja wierności metodzie pracy naukowej. <br />
<br />
Ale jak mawiał prof. Legutko najważniejszy jest plan, a potem zaczynają się męki twórcze. To raczej proces nieodzowny. <br />
<br />
Zastanawiające jest, że kiedy dochodzi do pierwszych objawów tych mąk, jest jakaś pustka, wszystko zdaje się wylatywać z głowy, trudno się skupić czy znaleźć właściwe słowo, zwykle człowiek próbuje różnych uników. Mogą one przybierać różną formę. Czy to bezpośredniej ucieczki, zajmowania się wszystkim, byle tylko nie musieć zasiąść do studium i pisania. Opór i swoista bezradność stwarza też pokusę do ucieczki w rozmaite &amp;quot;pociechy&amp;quot;: używki, podnoszenie poziomu adrenaliny, czy seks, które mają zrównoważyć przykry stan, albo wyładować agresję na samego siebie,czy przynieść nieco ulgi i przyjemności w tym, co trudne do zniesienia. Ale istnieją też bardzo pozytywne uniki. Otóż, nagle inne dobre rzeczy przychodzą nam z niebywałą łatwością,polotem, z poczuciem satysfakcji. Można wówczas zająć się czymś, co w naszych oczach jest bardzo dobre i pożądane, co przynosi także korzyść innym. A jednak jest także ucieczką przed realizacją właściwego dobra, którym w danym momencie jest np. praca naukowa. Te ostatnie uniki są najtrudniejsze do przyjęcia i wykrycia, bo dają dużo gratyfikacji, bo same w sobie nie są złe. Przypomina mi się w tym momencie zdarzenie z życia św. Ignacego z Loyoli. Kiedy zaczął studiować już w starszym wieku w Paryżu, nagle miał tyle różnych wizji, poruszeń, pocieszeń, że te wprost uniemożliwiały mu studiowanie. Rozpalał sie w miłości do Boga, pałał gorliwością, ale efektem tego było to, że nie wysypiał się dobrze lub po prostu zaniedbywał się w studiach. Po czasie dopiero zrozumiał, że to nie pochodziło od Boga.<br />
<br />
<br />
Okazuje się, że taka pozorna bezowocność ludzkich wysiłków to jedna z najcięższych prób. I można się jeszcze zapytać: dlaczego wobec tego trwać przy czymś, dlaczego się mozolić, jeśli nie widzimy żadnych owoców naszego wysiłku, czy nie lepiej zaangażować się w coś, co przyniesie jakiś wymierny owoc? Czy wartość intelektualnego wysiłku czy jakiejkolwiek innej pracy poznaje się tylko po zewnętrznych owocach, po naszym zadowoleniu, po satysfakcji? Ten sam św. Ignacy mawiał, że tam, gdzie spotykamy się z dużymi trudnościami, tam zwykle można się spodziewać dużego owocu. Wytrwałość i stałość w podejmowaniu pewnych aktów duchowych jest chyba w sumie najważniejsza. Dotyczy to pracy, modlitwy, dialogu z drugim człowiekiem. Decydujące jest jednak zaangażowanie woli i cierpliwość pomimo przeciwności. <br />
<br />
Wysiłek intelektualny czy w głębszym sensie duchowym zapoczątkowuje bowiem pewien proces dojrzewania i zarazem obumierania. Bo on nas kształtuje. Wierzę, że w zwykłej ludzkiej pracy czy to intelektualnej czy fizycznej działa łaska Boga. Człowiek dojrzewa z jednej strony przez otwarcie się na różnorodność, a z drugiej strony przez pewną stałość aktów woli i umysłu. Jeśli położy akcent tylko na różnorodność, to tak naprawdę nigdy nie wejdzie w proces duchowego dojrzewania. Po prostu dojrzewanie kosztuje, boli, rozczarowuje, stawia w obliczu własnej małości, ograniczoności, niepojętności, nieporadności. A właśnie zmierzenie się z tym, wyzwala. Ucieczka jeszcze bardziej zniewala, bo ciągle szuka się jakiejś nowej formy ucieczki, związuje się z czymś, co odciąga od rzeczywistego wysiłku dojrzewania. Warto więc trwać i ślęczeć nad pracą magisterską, nawet jeśli wydaje się, że nic nie posunęło się do przodu. Praca być może nie. Ale człowiek tak. Bo wytrzymał napięcie związane z własną bezradnością. Stał się przez to pokorniejszy i mężniejszy. Oczekiwanie owoców za wszelką cenę jest bardzo złudne. Jest taki rodzaj naiwności duchowej, często nieświadomej, że istotne rzeczy w naszym życiu osiągamy jakby mimochodem, jakby w przelocie, bez ofiary i cierpienia. Dlatego jeśli ktoś tak naiwny napotyka na jakiekolwiek przeszkody szybko się zniechęca.<br />
<br />
<br />
Dzisiaj święto apostoła Andrzeja. W dobie takiego powodzenia religii jako sprawy prywatnej, jest on szokującym i intrygującym przykładem. Przyprowadził Piotra do Jezusa, bo najpierw Go spotkał. Wiarą i wypływającą zeń radością chciał się dzielić, nie zatrzymywać jej dla siebie. I właściwie to jest znakiem jej autentyczności. Jeśli ktoś twierdzi, że wiara to tylko ja i Bóg, tak naprawdę jeszcze Boga nie spotkał.]]></content:encoded>
<link>http://www.tezeusz.pl/forum/forum_entry.php?id=5191</link>
<pubDate>Thu, 01 Dec 2005 00:57:05 GMT</pubDate>
</item>
<item>
<title>O czuwaniu i łasce</title>
<content:encoded><![CDATA[<i>Odpowiedź od Darek, 28.11.2005, 22:18</i><br /><br />Zaczął się Adwent. Zastanawiałem się więc dzisiaj przed mszą u dominikanów na Freta, na czym miałby on polegać w mojej zwykłej codzienności. Najpierw przyszła mi jednak do głowy myśl, że skończył się kolejny rok liturgiczny. Może to i oczywiste, ale kiedy sięgnąłem wstecz, ile w tym czasie było udzielone mi rozmaitej łaski, i to wszystko za darmo, za nic. Każda Eucharystia, spowiedź, Słowo Boże, porada duchowa, Tradycja i mądrość Kościoła, wspólnota. Cały rok dzień w dzień Bóg ogarnia swoją dobrocią i to bardzo konkretnie. Przyznam, że trochę oniemiałem. Przecież w naszym świecie za tyle rzeczy trzeba płacić, trzeba o wiele zabiegać, trudzić się, nieraz ciężko harować, a tutaj Bóg daje za darmo, za to, że się jest. I to nie byle co. Sam przychodzi, aby przemieniać od wewnątrz, aby uczyć, uwalniać, czasem zakwestionować, a przez to wyzwalać. I dzisiaj zaczyna się kolejny rok duchowej &amp;quot;obróbki&amp;quot;, niestrudzonego &amp;quot;wysiłku&amp;quot; Boga, aby z tego marnieńkiego serca ukształtować nowe serce, nowego człowieka. <br />
<br />
Bóg ma tutaj wiele cierpliwości i wyrozumiałości. A ile tej łaski poszło na próżno? Ile mechanicznego przyjmowania, bezrefleksyjnego, małego, małodusznego, rutynowego. I to także wliczone jest w ryzyko i hojność Bożej miłości.<br />
<br />
A podczas spaceru brzmiała we mnie zachęta do czuwania. Hmm. Tylko jak Chrystus sobie je wyobraża? Dzisiejsza Ewangelia dotknęła mnie bardzo, przynajmniej w tym, co dotyczy czuwania. Bo Jezusowi wcale nie chodzi o natężanie uwagi, wyczekiwanie z napięciem, wyglądanie z niecierpliwością. A tak się jakoś kojarzy czuwanie. On mówi o panu domu, który wyjechał i przekazał swoim sługom zajęcie do czasu aż wróci. Ciekawe, wyczekiwanie na Pana polega na robieniu tego, co do mnie należy. Pytanie tylko co do mnie należy. O to się wszystko rozbija. I rzeczywiście czekanie z napięciem dotyczy tego, kto nie wywiązuje się ze swoich zadań, kto kręci i leniuchuje. Jeśli robię swoje, przyjście Pana nie będzie dla mnie ani zaskoczeniem, ani nie będę się lękał, jak ów Pan zareaguje. Paradoksalnie więc czuwanie oznacza wzmożenie wysiłków i uwagi do tego, aby lepiej wykonywać zadania i obowiązki swojego powołania czy zawodu, a nie odwracanie od nich uwagi i wypatrywania przychodzącego Pana. Raczej jest dokładnie na odwrót, im bardziej jestem przekonany, że Pan kiedyś przyjdzie, tym bardziej będę się przykładał do tego, co zostało mi powierzone. W codzienności oznacza to dla mnie nie jakąś nadzwyczajną rewolucję. Dalej będę robił to co zwykle, tyle, że będę starał się robić to lepiej, może nastąpi jakieś przesunięcie akcentów. Zresztą trudno byłoby sobie inaczej wyobrazić to czuwanie. To tak jak zachęta św. Pawła do nieustannej modlitwy. Bardziej chodzi tutaj o nastawienie, o ogólne ukierunkowanie niż o dosłowne potraktowanie tego wezwania. Czuwać to realizować własne powołanie. Owszem, to rozpoznawać także jego wymagania. Czuwanie to wierność. Jeśli staję się niewierny, oznacza to, że z tym, na kogo czekam już niewiele mnie łączy. Zapomniałem o nim. Czuwanie to kontynuowanie pracy Boga w świecie.<br />
<br />
Dwa skojarzenia właśnie mi się przypomniały. Pierwsze z życia chyba św. Jana Berchmansa. Podczas zakonnej rekreacji, grając w szachy, zapytał go jeden ze współbraci, co zrobiłby, gdyby nagle nastąpił koniec świata. Św. Jan odpowiedział: &amp;quot;Dalej będę grał w szachy&amp;quot;.<br />
<br />
A drugie nieco inne, ale też zastanawiające. Otóż, ciekawe, że Pan Jezus po swoim zmarwtwychstaniu objawił się tylko tym osobom, z którymi był w bliskiej relacji, lub przynajmniej w przyjaznej. Ale te objawienia łączył jeszcze inny szczegół. Wszyscy mieli jakiś problem z uwierzeniem w to, że On rzeczywiście żyje. Oprócz jednej osoby - Maryi. I o spotkaniu Maryi z Jezusem po zmartwychstaniu żaden Ewangelista nic nie mówi. I właśnie chyba dlatego, że ona tych wątpliwości nie miała. Nie było więc potrzeby, aby o tym pisać. <br />
<br />
Ale św. Ignacy z Loyoli w swoich Ćwiczeniach Duchownych, pisze, że zdrowy rozum podpowiada, że Jezus objawił się także swojej Matce i to raczej jako pierwszej. Dlatego też każdy jezuita podczas rekolekcji rozważa tę scenę i stara się ją sobie wyobrazić.<br />
<br />
Otóż, spotkałem w lato współbrata (Brytyjczyka), który opowiedział mi, jak on sobie to spotkanie wyobraża. Maryja siedzi zamyślona w kuchni, coś tam podgrzewa, krząta się po domu, jakby na kogoś czekała. Nagle Jezus staje przed nią. A ona pyta: &amp;quot;Zrobić Ci filiżankę herbaty czy kawy&amp;quot;?<br />
<br />
Z pewnością nie oznacza to, że zmartwychwstanie było dla Maryi oczywistością. Niemniej ta anegdota pokazuje, że Maryja robiła właśnie to, co do Niej należy, a zarazem wierzyła, że Syn żyje.]]></content:encoded>
<link>http://www.tezeusz.pl/forum/forum_entry.php?id=5190</link>
<pubDate>Mon, 28 Nov 2005 22:18:07 GMT</pubDate>
</item>
<item>
<title>Liberalizm po przejściach</title>
<content:encoded><![CDATA[<i>Odpowiedź od Darek, 23.11.2005, 17:25</i><br /><br />Polecam dzisiejszy artykuł w &amp;quot;Rzeczpospolitej&amp;quot;. Myślę, że doskonale wpisuje się w zaproponowany przez nas temat. Zdaniem autora tekstu, prawdziwego liberalizmu to u nas nie ma. I tak naprawdę długo go nie będzie, bo nie ma on poparcia u większości społeczeństwa. I bardzo dobrze.<br />
<br />
Trafne jest też spostrzeżenie, że póki co w obecnej sytuacji Polski, nie byłoby nawet wskazane przeprowadzanie gwałtownych zmian w duchu liberalizmu ekonomicznego.<br />
<br />
Zachęcam do lektury<br />
<br />
<a href="http://www.rzeczpospolita.pl/gazeta/wydanie_051123/publicystyka/publicystyka_a_2.html">Wojciech Sadurski. Liberalizm po przejściach</a>]]></content:encoded>
<link>http://www.tezeusz.pl/forum/forum_entry.php?id=5188</link>
<pubDate>Wed, 23 Nov 2005 17:25:18 GMT</pubDate>
</item>
<item>
<title>Podziękowania i modlitwa</title>
<content:encoded><![CDATA[<i>Post wysłany przez Andrzej, 23.11.2005, 17:15</i><br /><br />Drodzy Tezeuszowcy!<br />
<br />
chciałbym serdecznie podziękować Tezeuszowcom, którzy odeszli w ostatnim czasie: Eli, Małgosi, Paulinie, Esterze, sympatykom: Joasi i Marcie. Dziękowałem Wam wielokrotnie przy różnych okazjach, ta jest szczególna. Każda z Was wniosła wiele unikalnego dobra do Tezeusza jako społeczności i portalu. Dla mnie osobiście to było szczęście i zaszczyt, że mogłem Was poznać, być z Wami bliżej i współpracować przez cały ten okres. Nie mam żalu do żadnej z Was, z serca wybaczyłem wszelkie nieporozumienia, i Was też proszę o wybaczenie moich słabości, które mogły Was dotknąć. Boża miłość przekracza nasze słabości i pozwala odnawiać w naszych sercach miłość bliźniego i Boga. Życzę Wam spojrzenia na Tezeusza i ostatnie wydarzenia przede wszystkim w duchu wiary: tylko taka perspektywa odsłania ich głębszy sens i ocala wszelkie dobro.<br />
Często tak bywa, że rozstanie z pewnymi wizjami i marzeniemi oznacza również rozstanie między osobami, przynajmniej w jakiejś konkretnej konfiguracji. Tak też odczytuję istotę Waszego odejścia. I szanuję tę decyzję.<br />
<br />
Zachowam dla Was zawsze w sercu głęboką wdzięczność i pamięć. Tezeusz też zawsze pozostanie dla każdej z Was otwarty: zarówno Forum jak i Redakcja, czy portal. Wszelkie sprawy szczegółowe, które możecie zgłaszać Redakcji, załatwiamy w duchu wzajemnego poszanowania i sprawiedliwości. Zapraszam też do osobistego kontaktu: z niektórymi z Was już go podjeliśmy. Zawsze z radością usłyszę, co u Was i jak się czujecie. Mam też nadzieję, że teraz - gdy już opadły emocje - lepiej rozumiecie nasze jezuickie rozeznanie, w którym miałyście swój istotny udział. Prawdę trzeba przyjmować z pokorą, choćby bolała, podobnie znosić siebie nawzajem cierpliwie i z przebaczeniem w sercu. Na tym polega realizm chrześcijańskiej wiary i wspólnoty Kościoła.<br />
<br />
Pozostałych Tezeuszowców też zapraszam do modlitwy za siebie nawzajem, wielkoduszności, wzajemnego przebaczenia, powierzenia siebie nawzajem Bogu. Wszelkie długotrwałe zacietrzewienie, pięlęgnowanie urazów, naturalizm w interpretacji trudnych wydarzeń, szerzenie niechęci, itd. nie odniesione do Boga zamykają nas w ślepej uliczce, a nasze człowieczeństwo zostaje umniejszone.<br />
<br />
Życzę Wam i Waszym Bliskim wszelkiego dobra i wielu Bożych łask. Zawsze też pamiętam o Was w modlitwie.]]></content:encoded>
<link>http://www.tezeusz.pl/forum/forum_entry.php?id=5187</link>
<pubDate>Wed, 23 Nov 2005 17:15:42 GMT</pubDate>
</item>
<item>
<title>Siła i słabość paradoksów</title>
<content:encoded><![CDATA[<i>Odpowiedź od Darek, 23.11.2005, 02:53</i><br /><br />Ostatnio szczególnie zajmują mnie różne paradoksy. Głównie paradoksy wiary. PO części jest to spowodowane studiami teologii. Ale nie tylko. Czuję coraz częściej jak rozsypuje mi się na kawałki moja &amp;quot;stara&amp;quot; wiara. Nie jest ona już taka jak dawniej. Paradoks to pozorna sprzeczność, ułomne i ludzkie wyrażenie tajemnicy. A może nie tylko ludzkie. Może tak już jest, że tajemnica objawia się właśnie w tym, co nam wydaje się sprzecznością.<br />
<br />
Jeden z tych paradoksów ma następującą postać. Gdy uważnie przyjrzymy się wiszącemu na krzyżu Chrystusowi i temu, co Go nań zaprowadziło, to dojdziemy do wniosku, że został on przybity za swoją dobroć. Właśnie. Człowiek ukrzyżował Boga za to, że jest On dobry. Ten sam człowiek pragnie dobra i zarazem ucieka od niego. Drażni go widok dobrego człowieka, bo nie chcemy za daleko dać dobru przystęp do naszego życia. Natomiast uspokaja nas często widok złego człowieka, bo wówczas nie czujemy się aż tak nie w porządku. Co więcej, tam gdzie Bóg jest przez nas odrzucany, On czyni nas swymi dziećmi, jedna nas z sobą. Dobro pociąga i denerwuje. Św. Ignacy pisał: &amp;quot;Miłość moja jest ukrzyżowana&amp;quot;, św. Franciszek wołał: &amp;quot;Miłość nie jest kochana&amp;quot;, a św. Teresa Wielka mówi do Jezusa: &amp;quot;Nie dziwię się, że masz tak mało przyjaciół, skoro ich tak traktujesz&amp;quot;, czyli w gruncie rzeczy dobrze.<br />
<br />
Albo inny paradoks. Potocznie wydaje się, że istotą ludzkiej wolności jest możliwość wyboru pomiędzy dobrem a złem. Uderzyła mnie jednak ostatnio wypowiedź Jezusa z Ewangelii św. Jana: &amp;quot; Syn nie może zdziałać sam od siebie, chyba że widzi działającego Ojca; co bowiem Ona czyni, to czyni również Syn. Ojciec miłuje Syna i pokazuje Mu wszystko, co sam czyni&amp;quot; (J 5, 19n) Najdziwniejszy jest pierwszy człon zdania, bo Jezus mówi, że działa &amp;quot;sam od siebie&amp;quot;, czyli jakby &amp;quot;samoistnie&amp;quot;. Jednakże warunkiem tego samoistnego działania jest wpatrywanie się w Ojca działającego. Co to oznacza? Szczyt autonomii wolności i działania Jezusa następuje wtedy, gdy jest absolutnie zależny od swego Ojca. Im większa samodzielność, tym większa zależność od Ojca. Innymi słowy, im większa wolność, tym większa zależność. Czy można to sobie w ogóle wyobrazić? Jak można być absolutnie zależnym i zarazem absolutnie wolnym? Jak bardzo kłóci się to z naszym potocznym wyobrażeniem! <br />
<br />
Ale nie będę już więcej pisał o tych paradoksach, żeby nie zanudzić czytelników:-)  <br />
<br />
Chociaż muszę jeszcze o czymś napisać. Właściwie przyszła mi raz do głowy, patrząc na gnających samochodami ludzi, refleksja o pędzeniu przed siebie, właściwie nie wiadomo dokąd. I pomyślałem sobie, czy człowiek, który przez swoje życie idzie, gnając, zda sobie w ogóle sprawę z tego, że umarł. To znaczy, ciekawe co dzieje się z człowiekiem, który przez całe życie niemal w ogóle nie myślał o Bogu, umiera nagle, i czy zauważa, że jest już na tamtym świecie? Czy nagle zaczyna myśleć o Bogu, budzi się z letargu? To musi być rzeczywiście szok i zaskoczenie, zdać sobie w jednej chwili sprawę, że istnieje jeszcze inny świat, niż ten ziemski.]]></content:encoded>
<link>http://www.tezeusz.pl/forum/forum_entry.php?id=5186</link>
<pubDate>Wed, 23 Nov 2005 02:53:58 GMT</pubDate>
</item>
<item>
<title>Pokusy wobec wolności &amp;quot;silnych&amp;quot; i &amp;quot;słabych&amp;quot;</title>
<content:encoded><![CDATA[<i>Odpowiedź od Darek, 23.11.2005, 02:10</i><br /><br />Andrzeju,<br />
<br />
to prawda, że w przedwyborczej retoryce bardziej wskazywano na zagrożenia ze strony liberalizmu ekonomicznego. Korzenie tego lęku jest w jakimś sensie owo zróżnicowanie w potencjale twórczym, talentach, nabytym doświadczeniu. W to nie wątpię. Bo system liberalny wymaga większej samodzielności, a zarazem i współpracy z drugimi. A człowiek staje się też o tyle samodzielny, o ile odnajduje w sobie rzeczywistą podstawę do tego w postaci własnego obdarowania. Jeśli jest ono skromniejsze, to i z samodzielnością bywa różnie.<br />
<br />
I rzeczywiście trzeba być zawsze ostrożnym w gloryfikacji jakiegokolwiek systemu, także demokracji i wolnego rynku. Zastanawia mnie jednak jedno: skoro, jak piszesz, nierzadko skromne utalentowanie (co nie znaczy gorsze) rodzi w wielu osobach poczucie resentymentu, czyli takiej autoagresji skierowanej ku drugim, w naszych oczach lepszych, zaradniejszych, bogatszych, inteligentniejszych, to jak temu przeciwdziałać? Bo podejrzewam, że nawet jeśliby tacy ludzie zakosztowali dobrych owoców systemu liberalnego, ten resentyment nie zniknąłby automatycznie.<br />
<br />
<br />
Zwróciłem uwagę także na lęk niektórych środowisk przed liberalizmem moralnym. Może raczej chodziło tutaj o to, że niektórzy mylili zasady liberalizmu ekonomicznego z libertynizmem. Po prostu nie zadali sobie trudu rozróżniania, tak powszechnego błędu i pokusy, na którą wszyscy jesteśmy narażeni. I twierdzę, że wypływało to także z jakiejś niewiedzy, że coś takiego jak liberalizm ekonomiczny może być pozytywny i sprzyjający rozwojowi człowieka i społeczeństwa. Chociaż nie ma się co tutaj zachłystywać.]]></content:encoded>
<link>http://www.tezeusz.pl/forum/forum_entry.php?id=5185</link>
<pubDate>Wed, 23 Nov 2005 02:10:57 GMT</pubDate>
</item>
<item>
<title>Dariusz Piórkowski SJ - Archipelag miłości</title>
<content:encoded><![CDATA[<i>Odpowiedź od Darek, 22.11.2005, 22:55</i><br /><br /><a href="http://www.tezeusz.pl/cms/tz/index.php?id=1728">Dariusz Piórkowski SJ. Archipelag miłości</a>]]></content:encoded>
<link>http://www.tezeusz.pl/forum/forum_entry.php?id=5184</link>
<pubDate>Tue, 22 Nov 2005 22:55:53 GMT</pubDate>
</item>
<item>
<title>Pokusy wobec wolności &amp;quot;silnych&amp;quot; i &amp;quot;słabych&amp;quot;</title>
<content:encoded><![CDATA[<i>Odpowiedź od Andrzej, 22.11.2005, 20:30</i><br /><br />Darku, <br />
<br />
Dziękuję za zainicjowanie tego ważnego tematu. Dla mnie dramat wolności zarówno w kontekście Polski, jak i chrześcijaństwa jest tematem palącym. Ostatnie wybory przeżyłem jako pewien wstrząs moralny: masowa ucieczka od wolności w stronę ochrony przez państwo ujawniła dużo więcej niż zwykłe wybory polityczne. Okazało się, że ludzie, którzy chcą liczyć bardziej na siebie niż na państwo są w Polsce w zdecydowanej, choć licznej, mniejszości. Inaczej niż Ty sądzę, że postrach &amp;quot;liberalnym eksperymentem&amp;quot; dotyczył bardziej sfery ekonomiczno-społecznej niż obyczajowo-moralnej. To znaczy: PiS i partie populistyczne straszyły Polaków egoizmem bogatych i utalentowanych. I to jest punkt wyjście mojego postu.<br />
<br />
Wpierw krótko czym jest wolność chrześciajańska? Jest to postawa wyzwolenia przez Jezusa od niewoli grzechu i śmierci, w stronę wolności dziecko Bożego żyjącego w paradoksie duchu błogosławieństw. Jezus daje nam zdolność przekroczenia naszych fundamentalnych lęków, tak by w wolności, choć wciąż w ograniczeniu naszymi słabościami, mocą Jego łaski urzeczywistniać pełnię swego osobistego talentu, stając się coraz doskonalszym darem dla innych. Wolność chrzescijańska jest zasadniczo pozytywna, i związna prawdą o człowieku, jego wiecznym powołaniu, talentach, ale też słabościach i grzechu, i stąd konieczności ciągłej łaski Bożej, by ten potencjał mó urzeczywistniać.<br />
<br />
Myślę, że jednym z kluczy do napięć polityczno-kulturowych w Polsce jest pewien konflikt między bardziej a mniej utalentowanymi, w szerokim sensie: osobistym, kulturowym, społecznym, itd. Ci, którzy sobie lepiej radzą, lub mają taką nadzieją - w przypadku wielu młodych - popierają rozwiązania bardziej liberalne w gospodarce i życiu społecznym, natomiast mniej obdarzeni róznorakim kapitałem zasadniczo szukają większej ochrony w państwie. Gdy piszę tu o potencjale osobistym mam na myśli całokształt osobistych możliwości, nie tylko uwarunkowany genetycznie, ale też nabyty. Oczywiście jest to schematyczna linia podziału, rzeczywistość jest bardziej złożona. Natomiast chciałbym tę róznicę rozwinąć wskazując na różnicę pokus, jakie napotykają ci bardziej utalentowani i mniej. Ten podział niekoniecznie przebiega po linii podziałów politycznych, choć częściowo może się z nimi pokrywać.<br />
<br />
Bardziej utalentowani zmagają się wobec pokusy indywidualistycznego egoizmu, mnożenia własnych talentów i zasobów, bez pamięci o słabszych członkach społeczności. Może to iść też w stronę libertynizmu obyczajowego, czyli pragnienia maksymalizacji doświadczeń osobistych, bez względu na ich moralne konsekwencje. Pokusa ta może przejwiać się zarówno w kulturze sukcesu, promowaniu niewrażliwych społecznie rozwiązań ekonomicznych, polityce oświeconych elit, itd. <br />
<br />
Mniej utalentowani kuszeni sią zazdrością i resentymentem wobec bardziej utalentowanych, a jednocześnie lenistwem, czyli nie podejmowaniem istotnego trudu odpowiedzialności. W płaszczyźnie kulturowej będą promować zazdrość i niechęć do zamożnych czy po prostu jakoś &amp;quot;lepszych&amp;quot;, w ekonomi wszlekie rozwiązania populistyczne, etatystyczne i socjalistyczne. Władza polityczna ma zabezpieczyć przed groźnymi liberałami. <br />
<br />
Oba te rodzaje kuszeń są wyzwaniem dla wolności chrześcijańskiej. Czyli bardziej utalentowani są zapraszani do uznania z pokorą, że ich talenty są darem Bożym, przeznaczonym dla innych. Powinni więc rozwjać swe osobiste możliwości z ciągłą wrażliwością i szacunkiem wobec słabszych, dzieląc się z nimi roztropnie owocami swojej pracy. Promować kulturę współodpowiedzialnośći, szacunku dla każdego człowieka, bez wzgłędu na jego/jej potencjał. W ekonomii pozostając wierni rozwiązaniom liberalnym nie powinni zapominać o wskazaniach społecznego nauczania Kościoła, i zawsze szukać udanego kompromisu pomiędzy logiką przedsiębiorczości, a szerszym dobrem społecznym, ze szczególną wrażliwością na słabyszych ekonomicznie. W polityce powinni szanować partnerów reprezentujących mniej zaradnych rodaków i nie rezygnując z liberalnych principiów, zgadzać sie na nieco wolniejsze tempo rozwoju i kompromis z innymi opcjami.<br />
<br />
Mniej utalentowani są zapraszani również do pokornego uznania, że ich skromniejsze możliwości są także darem Bożym, danym im dla rozwoju osobistego i obdarowywania sobą innych. Wyzwoleni od zazdrości i resentymentu powinni włącząć się na miarę swych możliwości w życie kulturalne, ekonomiczne, społeczne i polityczne z szacunkiem dla pluralizmu różnych ludzkich talentów. W sferze ekonomicznej zapraszani są do większego realizmu i uznania większej efektywności gospodarki rynkowej,  nie stawiania ciągłych roszczeń wobec państwa, ale podejmowania również osobistego wysiłku odpowiedzialności na miarę możliwości. Politycznie powinni mieć swoją wiarygodną reprezentację, choć mogą znjdować ją w różnych partiach. A jednocześnie właśnie oni są niejako strażnikami wrażliwości społecznej wobec słabszych.<br />
<br />
Obie te postawy, naszkicowane tutaj jedynie schematycznie, wydają się być wartościową chrześcijańską próbą wyjścia na przeciw wyzwaniom moralnym związanym z wolnością uwarunkowaną zróżnicowanym osobistym potencjałem. Wiarygodna solidarność społeczna chrześcijan wyrastać może jedynie z pokornej akceptacji różnych i komplementarnych darów otrzymanych przez Boga. W oczach Boga wszyscy jesteśmy Jego dziećmi, a o słabszych Miłosierny troszczy się szczególnie. Nie oznacza to pasywności w naprawianiu ustroju politycznego i ograniczeń rozwojowych różnych grup społecznych, zwłaszcza słabszych i zmarginalizowanych.  Przeciwnie jest to właśnie istotna część publicznej wyzwania dla nas wszystkich. Natomiast uważam, że prawdziwa przemiana odbywa się w sumieniach ludzi, którzy stają w prawdzie przed Bogiem, o tym kim są. Chciałbym, by właśnie ten typ myślenia o chrześcijańskiej wolności był reprezentowany również w Tezeuszu.]]></content:encoded>
<link>http://www.tezeusz.pl/forum/forum_entry.php?id=5183</link>
<pubDate>Tue, 22 Nov 2005 20:30:38 GMT</pubDate>
</item>
</channel>
</rss>
