| Imieniny:
 
home

Blogi Tezeusza


Tuesday, 07.10.2008

Zmiany Panie, zmiany

Autor: Tomasz P. Terlikowski @ 09:51

I mamy newsa z Synodu Biskupów, który miał się zająć rolą Biblii w życiu Kościoła. Arcybiskup Stanisław Gądecki wpadł na pomysł, i zamierza podzielić się nim z ojcami synodalnymi, by zmienić kolejność czytań liturgicznych. Pierwsze czytanie ma być w miejscu, w którym było od zawsze, potem ma być Ewangelia, a na koniec drugie czytanie. Skąd taki pomysł? Bo, jak wyjaśnia metropolita poznański, dzięki zmianie z porządku hierarchicznego na chronologiczny, odzwierciedlone zostałoby życie Kościoła, gdzie “Ewangelia znajduje się – po czytaniu ze Starego Testamentu – w centrum czytań, a po niej następują pisma apostolskie, które są echem Ewangelii”. “...korzyść wyniesiona z takiej kolejności jest oczywista, zarówno podczas czytania, jak i podczas głoszenia homilii – temat czytań rozwijałby się w bardziej naturalny sposób” – uzupełniał abp Gądecki w wywiadzie dla miesięcznika “Msza Święta”, którego treść zamieścił na swoim blogu.

Jak nietrudno się było zgadnąć media rzuciły się na tę informację. Każda zmiana, szczególnie w instytucji tak strzegącej Tradycji, jak Kościół katolicki staje się bowiem newsem, który warto zamieścić nawet na “jedynce”. To jednak, co zrozumiałe u dziennikarzy (siłą rzeczy goniących za nowinkami) zaskakuje u hierarchy i teologa. Nie jest bowiem jasne, czemu miałyby służyć proponowane zmiany. Jeśli lepszemu ustrukturyzowaniu “przekazu” – to zamiast zmian w kolejności czytań, wystarczyłoby położyć większy nacisk na kazania. To w nich można i trzeba pokazywać, jak Słowo Boże przemawia do człowieka.

Nie wiadomo też, dlaczego kolejność chronologiczna (sam arcybiskup przyznaje, że z datowaniem pism nowotestamentalnych są pewne problemy) miałaby być lepsza niż kolejność hierarchiczna, która wskazuje na to, że Ewangelia jest szczytem i zwieńczeniem przekazu biblijnego. Czas powstania pism jest oczywiście ważny, ważne jest również ich miejsce w przekazie czy nauczaniu, ale liturgia nie ma być prostą katechezą biblijną, a modlitwą, w której uwielbienie, dziękczynienie i ofiara, a nie “komunikat” stoją w centrum. I dotyczy to zarówno liturgii Słowa, jak i liturgii eucharystycznej. Zmiany proponowane przez arcybiskupa Gądeckiego zaś jasności struktury modlitewnej mszy świętej raczej nie służą.

Trudno więc oprzeć się wrażeniu, że pomysły arcybiskupa wyrastają z typowego dla Kościoła posoborowego (ale i dla całego świata) przekonania, że nowe jest lepsze od starego. Jeśli coś można zmienić i znajdzie się dla tego odpowiednie teologiczne uzasadnienie (a dla czegóż nie możnaby znaleźć uzasadnienia), to trzeba to przetestować. Może będzie lepiej. Tyle tylko, że doświadczenie uczy, że liturgie, które rozwijały się naturalnie, bez zerwań, rewolucji, rekonstrukcji – zazwyczaj lepiej znoszą próbę czasu niż te, przy których nieustannie się grzebie i poprawia. A powód jest dość oczywisty, wcale nie trzeba odwoływać się przy tym do Objawienia czy nauki Soborów, mądrość pokoleń, ich doświadczenie modlitewne, jest zazwyczaj lepszym nauczycielem i formatorem liturgicznych tekstów, niż wiedza (nawet wiedza teologiczna) najwybitniejszych uczonych. Liturgia ma być modlitwą Ludu Bożego, a nie tworem liturgistów czy biblistów.

Mądrość Kościoła zawsze bazowała na głębokim przekonaniu o rozwoju doktryny w procesie jej pogłębiania, odczytywania, ale w procesie ewolucyjnym, a nie rewolucyjnym. I zawsze się to sprawdzało.Nie ma powodów, by uważać, że w XXI wieku jest inaczej. Szczególnie, że akurat w modlitwie tradycja i stałość ma znaczenie niekwestionowalne. Modlitwa, liturgia, pobożność przekazywana jest z ojca na syna (w moim przypadku, mam nadzieję, będzie przekazywana na córki). I jest niewątpliwą wartością, gdy synowie/córki mogą się modlić tak, jak ich ojcowie. W ubiegłym wieku przeżyliśmy już jedno zerwanie, i wcale nie jestem pewien, że jego skutki są tak znakomite, jak się nam o tym opowiada. Następnych rewolucji nam nie trzeba.

Inna rzecz, że biorąc pod uwagę kierunek obecnego pontyfikatu jedynym miejscem, gdzie propozycje abp Gądeckiego mogą zaistnieć wydaje się być jego własny blog.

Późniejsze wpisy Autora można znaleźć na Nowych Blogach Tezeusza

Monday, 06.10.2008

Znaki nadziei

Autor: Tomasz P. Terlikowski @ 11:04

Choć dialog ekumeniczny i międzyreligijny trwa, komisje wspólne i liderzy rozmaitych wyznań chrześcijańskich wciąż się spotykają – to niewiele jest ostatnio powodów do radości w tej kwestii. Dlatego warto pisać o tym, co się – mimo wszystko – dzieje, i co ma realne, a nie tylko symboliczne znaczenie (tylko takie miała, moim zdaniem, ostatnia modlitwa duchowego zwierzchnika anglikanów abp Rowana Williamsa w Lourdes). A ostatnio kilka takich wydarzeń, o różnym znaczeniu i skali, miało miejsce.

Pierwszym z nich jest obecność – po raz pierwszy w historii – na 12 Zgromadzeniu Zwyczajnego Synodu Biskupów rabina. Będzie nim rabin Hajfy, Szear Jaszuw Kohen. Ma on mówić o centralnym miejscu Pisma Świętego w żydowskiej tradycji i codziennym życiu, o jego znaczeniu w wychowaniu dzieci. Poza nim, co nie jest zaskoczeniem ani nowością, obradom Synodu przysłuchiwać się będzie patriarcha ekumeniczny Konstantynopola Bartłomiej I.

Nie mniejsze znaczenie ekumeniczne może mieć jednak również wydarzenie czysto prawosławne, jakim ma być zaplanowane na 10-12 października spotkanie przedstawicieli Cerkwi prawosławnych w Stambule. Ich przedstawiciele mają rozmawiać o przezwyciężeniu trudności i napięć w relacjach wewnątrzprawsławnych. Chodzi przede wszystkim o podział Cerkwi ukraińskiej (na trzy zwalczające się wspólnoty), uregulowanie statusu ukraińskiego prawosławia (Rosja uznaje całą Ukrainę za część swojego terytorium kanonicznego, ale… formalnie nigdy nie zniesiono zwierzchności patriarchy Konstantynopola nad Ukrainą Zachodnią). Nie mniej istotna jest jednak również kwestia statusu prawosławia estońskiego.

Spory te, choć wydają się wewnętrzne, mają ogromne znaczenie dla całego ruchu ekumenicznego. To bowiem właśnie one spowodowały, że patriarchat moskiewski wycofał się z obrad Międzynarodowej Komisji Mieszanej ds. Dialogu Teologicznego między Kościołem katolickim a Cerkwią prawosławną w Rawennie w dniach 8-15 października 2007 r. Oczywiście z samego faktu uzgodnienia spotkania trudno jeszcze wnioskować o przełomie, ale daje to przynajmniej nadzieję na to, że po załatwieniu własnych problemów, prawosławie będzie mogło z nieco większym (też bez przesady) zaangażowaniem zabrać się za współpracę misyjno-ewangelizacyjno-cywilizacyjną z Kościołem katolickim.

Współpraca cywilizacyjna pozostaje zresztą, jak sądzę, absolutnym priorytetem dla ludzi wierzących w świecie zachodnim. Główną linią podziału jest bowiem obecnie spór o to, czy istnieje czy nie istnieje prawda absolutna i absolutna moralność. Ludzie wiary (a przynajmniej ludzie wiary rozumianej tradycyjnie), niezależnie od różnic są w tym sporze po jednej stronie. Żydzi, prawosławni, katolicy i ewangeliczni chrześcijanie głoszą bowiem nie tylo, że Prawda istnieje, ale również, że człowiek powinien się jej podporządkować. I to ona, a nie wygoda czy zadowolenie są dla nich kryterium oceny. Każde zbliżenie się ich (szczególnie w kwestiach moralnych, co przez wieki było prostsze, a teraz niekiedy jest trudniejsze) stanowisk – oznacza więc umocnienie frontu oporu wobec relatywistów. I dlatego tak bardzo trzeba się cieszyć, gdy prawosławni i katolicy (tu miłym choć drobnym sygnałem jest uczestnictwo w maratonie biblijnym prawosławnego metropolity Wiednia biskupa Hillariona) czy katolicy i ortodoksyjni Żydzi zaczynają mówić jednym głosem. Oby te wspólne świadectwa i słowa (wymagające niekiedy odwagi) przekładały się na realne działania.

Saturday, 04.10.2008

Nie dzielić Kościoła

Autor: Tomasz P. Terlikowski @ 16:24

Wspólną beatyfikację trzech papieży (Piusa XII, Pawła VI i Jana Pawła II) omawiają obecnie szeroko media. Informację taką z czterech różnych watykańskich źródłem miała uzyskać TVN 24. I choć publiczne omawianie tego pomysłu jest najlepszym sposobem, by go utrącić, to trudno nie zatrzymać się nad intencjami, jakie stoją za taką ideą.

Najbardziej narzucającą się myślą jest proste przypomnienie, że nie należy dzielić biskupów Rzymu (i całego Kościoła) na przed- i posoborowy. Pius XII, Paweł VI i Jan Paweł II byli papieżami tego samego Kościoła. Nie jakichś różnych bytów eklezjalnych, z których jeden jest doskonały i święty (w zależności od ustawienia na mapie sporów ideowych będzie to albo Kościół posoborowy, albo przeciwnie przedsoborowy), a drugi niedoskonały, grzeszny i zacofany (lub postępowy). Kościół stanowi jeden organizm, jedno ciało, które oczywiście rozwija się w historii, ale zachowuje swoją tożsamość!

Nie jest zatem tak, jak chcą nas do tego przekonywać zwolennicy postępu (ale i zachowawczości za cenę jedności z Rzymem), że Jan XXIII do spółki z Pawłem VI stworzyli jakiś nowy Kościół, o niebo lepszy (abo o piekło gorszy) i całkowicie inny od Kościoła Piusa XII. Między Kośćiołem pod zwierzchnictwem (widzialnym) Piusa XII a tym pod przewodem Pawła VI nie było przepaści, ani tym bardziej zerwania. Przeciwnie bez Piusa XII i jego eklezjologii nie byłoby eklezjologii Vaticanum II i dzieł późniejszego Magisterium Kościoła. Kto o tym zapomina w istocie nie rozumie ani myśli soborowej (także tego ostatniego Soboru), ani natury katolicyzmu.

Przypominanie o tym jest jednak ważne, bowiem od kiludziesięciu lat wciąż trwa przeciwstawianie sobie Kościoła przed i posoborowego. Benedykt XVI jednym z priorytetów swojego pontyfikatu, uczynił przezwyciężanie tego dziwcznego przekonania i ukazywania ciągłości Tradycji, Magisterium i Liturgii Kościoła. Decyzje o przywracaniu równych praw łacinie i mszy trydenckiej, ale w nie mniejszym stopniu także przypominanie w czasie kolejnych rozważań Ojców Kościoła czy tradycyjnej myśli katolickiej – są tego kolejnymi dowodami. Wspólna beatyfikacja trzech wielkich (choć przecież osobowościowo i myślowo tak różnych) pasterzy byłaby tego kolejnym przykładem.

Pominąłbym natomiast sugestie (także wysuwane), że potrójna beatyfikacja ma osłabić krytykę związaną z wyniesieniem na ołtarze Piusa XII. Pominąłbym, bowiem ona i tak będzie. Komunistyczne potwarze na trwałe przykleiły się bowiem do tego papieża i setki zapisanych na ten temat stron czy opublikowanie archiwów watykańskich niestety na razie tego nie zmieniają. Nie sądzę jednak, by Kościół powinien się tym szczególnie przejmować. Znaczenie Piusa XII dla rozwoju doktryny, jego zasługi dla ratowania Żydów i wielkie wyznania przed jakimi stanął są bowiem dość oczywiste dla każdego nieuprzedzonego człowieka. A fakt, że w czasie swojego pontyfikatu popełnił on poltyczne czy instytucjonalne błędy też nie jest argmentem przeciw świętości. Gdyby tak było świętym nie mógłby zostać ani Paweł VI (błędna polityka wschodnia czy brak reakcji na faktyczną schizmę części teologów hierarchów zachodnich, którzy zlekceważyli nauczanie zawarte w “Humanae vitae”), ani zapewne Jan Paweł II (tu zarzutem może być choćby brak realnej reformy Kurii Rzymskiej).

Oczywiście uwagi te należy traktować czysto teoretycznie. Watykański wyciek, którego celem było postawienie na nogi polskich mediów, mógł mieć bowiem wspomniany już powyżej cel, czyli utrącenie pomysłu. Nawet jeśli jednak tak było, i nawet jeśli się to uda, jedno pozostanie oczywiste: intencje Benedykta XVI, który nie chce nieustannego dzielenia Kościoła, widząc w tym poważny doktrynalny bład.

Thursday, 02.10.2008

Dobrze, że mamy Lecha Wałęsę

Autor: Tomasz P. Terlikowski @ 10:22

Lech Wałęsą jest niesłychanym skarbem dla tych wszystkich, którzy chcą zrozumieć, o co chodzi w obecnym sporze o lustrację. Inaczej niż jego obrońcy nie opowiada on bowiem andronów o tym, że chodzi o obronę legendy, budowanie narodowej mitologii, która konieczna jest dla każdego narodu. Nie snuje też opowieści o tym, że archiwa szkodzą, i dlatego powinny być badane przez odpowiedzialnych (czytaj mających odpowiednie namaszczenie) historyków, którzy nie będą się babrać w brudach, ale zajmą się pisaniem “żywotów świętych laickich”.

Nie. On wprost mówi, co myśli (a nie ma co ukrywać, że podobnie myślą i jego obrońcy, tyle że oni nie mówią tego wprost). Tak było także w ostatniej wypowiedzi dla portalu “Newsweeka”, gdzie były prezydent komentował informację, że Sławomir Cenckiewicz wyda kolejną, tym razem prostszą książkę, na temat jego przeszłości. Lech Wałęsa otwarcie powtórzył w niej, że “Cenckiewicz zapłaci za to”, i że “trzeba będzie go dopaść”. I takie są cele obecnego “polowania z nagonką” na historyków, którzy mają odwagę nie tworzyć “żywotów świętych”, ale opisywać realną historię.

Nie chodzi w nim zatem wcale o to, by poznać prawdę, czy ocalić mity, ale o to, by wyeliminować (dopaść) tych, którzy nam nie odpowiadają, by zmusić ich do milczenia i zniszczyć. A potem zrobić to samo z IPN-em, który nie chce podporządkować się władzy salonu. Ciekawe, czy PO zdecyduje się rzeczywiście uczestniczyć w “dopadaniu” historyków i Instytutu Pamięci Narodowej. Jeśli zaś tak, to co zrobią wówczas Jarosław Gowin i Andrzej Czuma… Bardzo ciekawe też, jak uzasadnione zostanie przejście na stronę postkomunistów w sprawie, która dla przyszłości Polski jest więcej niż kluczowa.

Tuesday, 30.09.2008

Modlitwa za aborcjonistów

Autor: Tomasz P. Terlikowski @ 11:10

Są takie informacje, które nie wymagają komentarza. Wystarczy je rozpropagować, pokazać, by zaczęły one działać. Nie inaczej jest z propozycją Human Life International, która zachęca do modlitwy za wstawiennictwem św. Michała Archanioła za aborcjonistów i tych, którzy wspierają zabijanie nienarodzonych. – Walka przeciwko kulturze śmierci jest przede wszystkim starciem duchowym – podkreśla prezydent HLI o. Thomas J. Euteneuer. – Human Life International ma świadomość, że z pomocą św. Michała Archanioła aborcjoniści na świecie mogą nawrócić się i odejść od swojej współpracy ze złem – dodał.

– Nigdzie słowa św. Pawłą, że “Nie toczymy bowiem walki przeciw krwi i ciału, lecz przeciw Zwierzchnościom, przeciw Władzom, przeciw rządcom świata tych ciemności, przeciw pierwiastkom duchowym zła na wyżynach niebieskich” (Ef 6, 12) nie są tak ewidetne i oczywiste jak w przypadku walki z aborcją – dodał duchowny. – Jako organizacja pro life jesteśmy w sposób naturalny zainteresowani dziećmi, które są zabijane przez aborcję, ich matkami, które są przez nią niszczone. Ale troszczymy się także o wieczne dusze tych, którzy uczestniczą w tym złu: aborcjonistów i innych, którzy promują aborcję. Chcemy zobaczyć ich w niebie – podkreślał o. Thomas J. Euteneuer.

Organizacja zachęca wszystkim, by odmawiali modlitwę do św. Michała Archanioła codziennie, szczególnie zaś po mszy świętej.

Tekst modlitwy do św. Michała Archanioła, którego autorem jest papież Leon XIII, dostępny jest na stronach HLI.

Nie pozostaje mi nic innego, jak zachęcić do tej formy modlitwy.

Friday, 26.09.2008

Mały ekumeniczny cud

Autor: Tomasz P. Terlikowski @ 10:58

Niewiele jest ostatnio powodów do ekumenicznej radości. Dialog między chrześcijanami w ostatnich latach nie tyle doznał zahamowania, ile wręcz się posypał. Katolicy i prawosławni nie mogą się dogadać z przyczyn politycznych (bardziej konkretnie z powodu sprzeciwu Moskwy). Anglikanie zaś i katolicy przestali się ze sobą zgadzać w kwestiach moralnych, po tym, jak zdecydowana część zachodnich wspólnot zaczęła błyskawicznie odrzucać zakorzenioną w Biblii moralność chrześćijańską. Dlatego tak bardzo cieszą choćby niewielkie sygnały ponownego zbliżenia. I to nawet wtedy, gdy są to sygnały czysto symboliczne.

Takim sygnałem, czy – by posłużyć się opinią kard. Waltera Kaspera – “małym ekumenicznym cudem” była wspólna katolicko-anglikańska pielgrzymka do Lourdes. Wspólna modlitwa w miejscu objawień maryjnych, homilia duchowego zwierzchnika anglikanów arcybiskupa Rowana Williamsa, w której wprost odwoływał się on do objawień św. Bernadetty Soubirous – jeszcze pięćdziesiąt lat temu byłaby nie do pomyślenia. Podobnie jak wizyta w tym sanktuarium 10 biskupów i czterdziestu duchownych anglikańskich.

A jednak stało się. – Lourdes jest znane ze swoich cudów – mówił w przemówieniu kard. Kasper. – Kto mógłby sobie wyobrazić, jeszcze 20-30 lat temu, że katolicy i anglikanie będą wspólnie pójść na pielgrzymkę i modlić się razem? – pytał hierarcha i dodawał: “dla wszystkich, którzy znają debaty i kontrowersje w przeszłości dotyczące Maryi, dla tych, którzy znają rezerwę niekatolickiego świata chrześcijańskiego wobec pielgrzymek do miejsc kultu maryjnego, dla tych wszystkich osób, dzisiejsze bezprecedensowe wydarzenie jest cudem”.

Kardynał Kasper wyraził także nadzieję na to, że ów cud będzie promieniował i anglikanom i katolikom uda się przezwyciężyć piętrzące się ostanio przeszkody w dialogu. Chodzi przede wszystkim o kolejne wspólnoty anglikańskie, które decydują się na ordynację biskupią dla kobiet oraz praktykujących i jawnych homoseksualistów. – Ta pielgrzymka może być uznana za pozytywny i zachęcający sygnał, nawet mały cud – mówił hierarcha. – A to jest powód do nadziei, że Nasza Pani może pomóc nam przezwyciężyć obecne trudności w naszych relacjach, tak że z pomocą Bożą, będziemy w stanie kontynuować naszą wspólną ekumeniczną pielgrzymkę – zaznaczył.

Optymizm ten jednak, choć zakorzeniony w głębokiej wierze, nie ma zbyt mocnych fundamentów w rzeczywistości poznawalnej empirycznie. Z tej bowiem wynika, że choć arcybiskup Williams jest niezwykle otwarty na mistykę czy teologię katolicką (jest on autorem fundamentalnych prac na temat św. Jana od Krzyża), to równocześnie jest jednym z bardziej liberalnie w kwestiach moralnych nastawionych liderów anglikańskich. I choć stara się, od momentu gdy został zwierzchnikiem Kościoła Anglii, powściągać swoje zapędy, to niewątpliwie nie zdecyduje się on na zawrócenie Wspólnoty Anglikańskiej z dryfu w kierunku “cywilizacji śmierci”.

Paradoksalnie więc katolikom bliżej jest do tych anglikanów, którzy wizytę w Lourdes abp Williamsa potępili. Na taki krok zdecydowała się Protestant Truth Society, organizacja skupiające anglikanów i chrześcijańskich nonkonformistów, przywiązanych do ideałów reformacyjnych. – Wszyscy prawdziwi protestanci powinni być zbulwersowani tym, że arcybiskup Cantenbury odwiedził Lourdes i modlił się tam – mówił ks. Jeremy Brooks, dyrektor ds. duszpasterskich Protestant Truth Society. – Lourdes reprezentuje to wszystko w Kościele rzymskokatolickim, co odrzuciła protestancka Reformacja – wyjaśniał swoje stanowisko i dodawał, że kazanie arcybiskupa było wyjściem poza protestancką ortodoksję.

Debaty między protestantami trzeba pozostawić samym protestanom, ale trudno nie przypomnieć, że jeśli chodzi o moralność i walkę z cywilizacją śmierci – to katolikom bliżej jest do Protestant Truth Society niż do Rowana Williamsa. I dlatego ciesząc się z “małego ekumenicznego cudu” – trudno nie obawiać się, że jest on czysto symboliczny. W kwestiach rzeczywiście istotnych społecznie dla współczesności katolicy liczyć mogą bardziej na protestanckich ortodoksów (czy fundamentalistów), niż na liberalnych teologów.

PS. I jeszcze jedna łyżka dziegciu w ekumenicznym miodzie. Wspomniany już Rowan Williams nie tylko wygłosił kazanie na temat maryjny, ale niemal w tym samym czasie ogłosił artykuł, w którym nie tylko potępił współczesny system finansowy, wezwał do jego regulacji, ale także zachwycał się Karolem Marksem. – Marks już dawno opisł tę drogę, przez którą dziki kapitalizm stał się swego rodzaju mitologią, przypisującą władzę i wpływy rzeczom, które nie mają w sobie życia – napisał Williams. Arcybiskupowi pozostaje mu tylko życzyć, by zetknął się na własnej skórze z mitologią, którą stworzył Marks. I wtedy oceniał, na ile krytyka i poglądy Marksa mają cokolwiek wspólnego z rzeczywistością. Po ponad siedemdziesięciu latach testowania poglądów marksistowskich w praktyce, trudno bowiem nie mieć wrażenia, że nadają się one jedynie na śmiernik historii.

Friday, 19.09.2008

Bezwstyd Wolszczana

Autor: Tomasz P. Terlikowski @ 09:45

Słów, które padły z ust Aleksandra Wolszczana na antenie TVN24, czy w oświadczeniu dla prasy – nie należy lekceważyć. One nie tylko oddają nastrój części (niestety niemałej) polskich “elit” naukowych, ale też pokazują, że – mimo swoich niewątpliwych sukcesów naukowych – astronom zwyczajnie nie nadaje się na nauczyciela akademickiego. Tytuł profesorski zaś, którym wszyscy się posługują powinien być traktowany czysto umownie.

Uczony, nauczyciel akademicki, profesor to bowiem – jak rozumiała to tradycja klasyczna – nie tylko ktoś, kto zdobył pewien zasób wiedzy czy umiejętności technicznych i potrafi się nim sprawnie (czy jak w tym przypadku bardzo sprawnie) posługiwać. Nauczyciel to także mistrz, który w ramach swojej dyscypliny powinien także uczyć studentów, uczniów pewnego stylu życia, etosu, zaangażowania społecznego i naukowego, moralności wreszcie. Nauczyciel słowem powinien być mistrzem dla swoich uczniów. A trudno, by był nim ktoś, kto otwarcie deklaruje, że fakt iż był kapusiem (za prezenty i pieniądze), nie budzi w nim poczucia wstydu.

I to nie dlatego, że kiedyś zachował się niegodnie naukowca (nie on jeden, czego żywym dowodem był histeryczny sprzeciw polskich naukowców, wobec ustawy lustracyjnej), choć niewątpliwie tak się właśnie zachował, ale dlatego, że nie jest w stanie odróżniać dobra od zła, tego, co haniebne i czego wstydzić się należy (a takim czynem jest niewątpliwie donoszenie na rodzinę i kolegów) od tego, co ma neutralne moralnie. Taki człowiek może być wybitnym technikiem, ale trudno o nim mówić “profesor”...

Szczególnie, gdy próbuje on naiwnie dowodzić, że “jest pewien, że nikomu nie zaszkodził”. Po co w takim razie oficerowie SB spotykali się z nim przez wiele lat? Dlaczego doceniali jego donosy prezentami i gotówką? Czy TW Lange chce nam dowodzić, że byli oni bezinteresownymi miłośnikami astronomii, którzy chcieli pomóc młodemu jej adeptowi? A może powodem miał być sympatyczny wyraz twarzy naukowca? Jeśli nie, to chyba jednak jakieś korzyści ze spotkań z Wolszczanem bezpieka miała, a jej korzyści zazwyczaj oznaczały straty dla osób, na które się donosiło. Tajny współpracownik mógł oczywiście uważać, że wiedza jaką przekazywał oficerom SB była banalna i pozbawiona wartości, problem polega na tym, że bezpieka niejednokrotnie oceniała tę wiedzę inaczej.

Oczywiście przypadek Wolszczana nie jest czymś wyjątkowym. Nasycenie agenturą kadry naukowej było o wiele wyższe niż Kościoła. I nie jest to tylko wniosek na podstawie histerii, jaką wywołał projekt lustracji naukowców, ale wyniki coraz głębszej kwerendy prowadzonej przez IPN. Słowa zaś na temat godności profesorskiej trzeba odnieść do wszystkich naukowców, którzy splamili się kapusiostwem, a teraz nie odczuwają z tego powodu wstydu. Profesorami to oni może i są, ale nauczycielami i mistrzami bez wątpienia nie…

A swoją drogą skoro ani Wolszczan, ani inni “profesorowie” nie wstydzą się współpracy – to może warto zrobić wielką wystawę pod tytułem: “Naukowcy, co się współpracy nie wstydzą”. A na niej wystawić zdjęcia “uczonych”, którzy swoją karierę wspomagali donosami. Pod zdjęciem możnaby wystawić prace oficjalne i te mniej oficjalne, a także zdjęcie z przeszłości i obecne. Ci, którzy się nie wstydzą, bo nikomu nie szkodzili, nie mają się czego obawiać. Ciekawe zatem, co na propozycję takiej wystawy powiedziałby Aleksander Wolszczan.

Sunday, 14.09.2008

Odbudować Christianitas

Autor: Tomasz P. Terlikowski @ 20:56

Klasztory są miejscem, w którym może przetrwać stara i ukształtować się nowa kultura. Benedyktyńska kultura słowa w połączona z kulturą pracy stworzyła Europę, i tylko ona może ją ocalić – przypominał Benedykt XVI do ludzi kultury w czasie pielgrzymki do Francji.

Przemawiając w kolegium bernardynów do ludzi kultury papież wskazał na środki, jakie mogą przyczynić się do przełamania trawiącego Zachód kryzysu lub przynajmniej sprawić, by wartości uniwersalne, jakie wytworzyła i przechowała w swoim łonie cywilizacja łacińska mogły być przekazane dalej. Tym środkiem jest życie mnisze. To ono, w klasztorach i konwentach, ukształtowało nową kulturę chrześcijańską, w której zawarte zostało wszystko, co wartościowe z cywilizacji grecko-rzymskiej. „Ich pragnieniem – mówił Benedykt XVI o ówczesnych mnichach – nie było budowanie nowej kultury, ani przechowywanie kultury przeszłości. Motywacja była o wiele prostsza. Ich celem było poszukiwanie Boga, quarere Deum. W zamieszaniu tamtych czasów, gdy zdawało się, że nic nie może się ostać, mnisi pragnęli rzeczy najważniejszej: poświęcić się temu, co wartościowe, nieprzemijalne, znalezieniu samego Życia”.

Ale to właśnie te, pozornie bezużyteczne społecznie, poszukiwania doprowadziły ich do zachowania wszystkiego, co ważne. Drogą Boga jest bowiem zawsze Słowo, a kult Słowa prowadzi nieuchronnie do szacunku i zgłębiania słowa, które dokonywało się także poprzez nauki świeckie. Nauki te nie były jednak, właśnie dzięki Słowu Bożemu tworzącemu nieodmiennie wspólnotę, pojmowane indywiudalistycznie, w oderwaniu od innych. Biblia bowiem, która była i jest głównym pokarmem intektualnym mnichów, jes zbiorem ksiąg, a Słowo Boga przychodzi w niej poprzez słowa i historie zwykłych ludzi. „Bożego aspektu Słowa i słów nie dostrzega się od razu” – wskazywał papież i uzupełniał: „Pismo Święte potrzebuje interpetacji i potrzebuje wspólnoty, w której się ukształtowało i która nią żyje. Tylko w niej ma swoją jedność i w niej objawia się sens, który jednoczy wszystko”.

Benedyktyńska modlitwa (ora), która – zdaniem Benedykta XVI określa najgłębsze źródła duchowe Europy – zawsze była jednak uzupełniana przez pracę (labora). „Bez tej kultury pracy, która wraz z kulturą słowa składa się na monastycyzm, rozwój Europy, jej etos i koncepcja świata byłby nie do pomyślenia. Oryginalność tego etosu powinna jednak uświadamiać, że praca, wraz z kształtowaniem historii przez człowieka są współdziałaniem ze stwórcą, których On jest miarą. Tam, gdzie tej miary brakuje, gdzie człowiek wynosi samego siebie do rangi ubóstwionego stwórcy, przekształcanie świata może z łatwością doprowadzić do jego destrukcji” – zaznaczał papież.

Te słowa nie są one tylko opisem historii naszego kontynentu, ale wskazaniem drogi, którą także obecnie musi on zdąrzać, jeśli chce przetrwać. Stąd powracające w czasie tej pielgrzymki wezwania do młodych, by nie lękali się odpowiedzieć na wezwanie powołania, to – paradoksalnie – także apele mające wymiar najgłębiej społeczny i polityczny. Tylko mnisi, zakorzenieni we własnej tradycji, zanurzeni w wiekach czytania Słowa, mogą uratować Europę. Ich styl czytania, życia, kontemplacji, jest bowiem istotą europejskości.

Webmaster
© Tezeusz 2004-2008
Redakcja Tezeusza
  
| Imieniny: